piątek, 26 września 2014

Rozdział 1 - Żabi król

-Nie pasuje!
-Jak to?
-No nie widzisz?
Odwróciłam się do mojej służącej Ali, ze łzami w oczach i zaciśniętymi pięściami. Byłam strasznie zdenerwowana, że nie mogę znaleźć tej jedynej.
-Może ta? - Powiedziała z drżącym głosem.
-Spojrzałaś w ogóle na nią? Za bardzo uroczysta!
-Więc ta.
-Za mało uroczysta!
Zauważyłam że w tym dniu Ala była jeszcze bardziej zmęczona niż ja. To całe wybieranie sukni powinnam była załatwić wcześniej, a nie zostawiać na ostatnią chwilę.
-Przepraszam, że tak krzyczę, ale wiesz jakie to dla mnie ważne.
-Wiem, Pani.
Usiadłam na łożu i już miałam pogrążyć się w rozpaczy, gdy nagle Alicja wróciła.
-Może ta?
Odwróciłam się, by ujrzeć suknię.
-Najpiękniejsza jaką znalazłam, królowo, mówiłam że królowa chce niebieską ale...
-Jest idealna. - Powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Poczułam, że trochę mi ulżyło, ale miałam jeszcze całą ceremonię do zaplanowania. Alicja nadal stała przy szafie uśmiechając się szeroko, wiedziała że już jej nie potrzebuję.
-Dobrze, możesz już iść do miasta czy gdzieś tam, resztą się zajmę sama.
-Dziękuję, Pani.

 Ludzie myślą, że życie królowej i króla jest proste jak pień drzewa. Są w ogromnym błędzie, gdyż to właśnie my zarządzamy tym całym królestwem. No dobra, prawie całym, ale nie lubię jak namiestnik czy ktoś kogo ledwo znam mają ustalać jakie wykorzystać materiały do udekorowania sali na chrzest mojej córki. Tak po prostu. Dlatego teraz mam zamiar wybrać się na obrady małej rady.

 Zakładam moją suknię i wychodzę z sypialni. Idę wzdłuż korytarza z pokojami najważniejszych osób w królestwie, potem w lewo i po schodach aż w końcu po dwóch minutach docieram do kuchni, by napawać się zapachami potraw gotowanych na uroczystość.
-Mmmm, co to za zapach? Wyczuwam jabłka.
-To nasz nowy eksperyment, królowo! - Odezwało się naraz sześć kucharek. -Ciasto z jabłkami.
-Brzmi interesująco, mogę spróbować?
-Oczywiście.
Wzięłam widelec w dłoń i wbiłam go w ciasto. Włożyłam widelec do ust.
-Wyśmienite, podacie to wszystkim gościom?
-Naturalnie, królowo. - Powiedziała Stella, najlepsza z kucharek. Nie żebym ją wyróżniała, wszyscy nazywają ją królową kuchni. Nie przeszkadza mi to, więc niech tak zostanie, to ona zarządza w kuchni (nie licząc mnie)

 Wyszłam pospiesznie z kuchni i oblizałam kącik ust, na którym został jeszcze okruszek ciasta. Dotarłam do sali gdzie właśnie zaczynała się obrada małej rady. Gdy weszłam wszyscy wstali. Stanisław, mój mąż a zarazem król przywitał mnie tak jak zwykle.
-Pięknie dziś wyglądasz Joasiu.
-Ty też, żabciu.
Nie lubię gdy zdrabnia moje imię tym bardziej przy innych. Nie wiem czemu. Dlatego zawsze wtedy przypominam mu że kiedyś był 'żabim królem'. Wiedźmy potrafią namieszać, ale to długa historia zakładam że wszystkim znana. Koniec końców uratowałam go od klątwy pocałunkiem w jego żabie usta. No cóż nie zawsze możemy całować pięknych chłopców.
 Jednak on uwielbia mi dokuczać i jakoś go nie obchodzi, że w przeszłości był zielonym, skaczącym płazem.

-Ogłaszam rozpoczęcie obrad małej rady. - Powiedział Stanisław i wszyscy zgodnie zasiadli do owalnego stołu przy którym stały drewniane krzesła.
-Jak wiecie planujemy...
-APSIK! - Namiestnik  wydobył z siebie chyba najgłośniejsze kichnięcie jakie kiedykolwiek słyszałam. Uśmiechnęłam się, nie ukrywam to mnie rozbawiło.
-Na zdrowie. - odezwał się Zbigniew, mój doradca.
-Dziękuję. - odpowiedział namiestnik.
-Już? - Spytał poirytowany Stasiek.
-Tak, przepraszam.
-Nie przepraszaj, wiemy że jesteś chory.
Staś wziął głęboki wdech, a potem wydech i rozpoczął przemowę.
Znowu.
-Jak zapewne wiecie, planujemy od czterech dni chrzciny naszej córki. Jestem zadowolony, że wszyscy się w to zaangażowaliście, dlatego właśnie tu jesteście. Musimy dobrać dekoracje. Na chrzcinach będą wszyscy, od szlachty do mieszczan, dlatego wystrój musi być adekwatny. Czerwień, jak w naszej fladze będzie kolorem przewodnim. Powiedzcie który zestaw mamy rozwiesić? Czerwony ze srebrnym, czy złotym?
-Złoto bardziej pasuje do czerwieni. - zaczął Zbigniew - Macie złote korony, toteż dlatego.
Mądrze mówił, zawsze wybiera złoto ponad srebro. Dlatego właśnie mądrze mówił.
-Niech będzie. Dobrze, to mamy za sobą. Teraz co do stołów, postawimy jeden większy na środku, czy dwa, węższe, ale po bokach.
-Na pewno nie na środku. - Za żadne skarby nie postawię jednego stołu na środku. Pamiętam co było ostatnio gdy to zrobiliśmy.
-Masz absolutną rację Joasiu. Czyli to też załatwione, co do jedzenia...
Przerwałam mu tutaj.
-Kucharki już gotują to, co im kazałam.
-Aha. No to... chyba już wszystko. Reszta ozdób jest już wystawiona. Dobrze, przejdźmy dalej, teraz porozmawiajmy o...
Wyłączyłam się na chwilę i zaczęłam przypominać sobie moją córkę.


-To dziewczynka!
-Przeżyłam?
-Tak.
-Mogę ją potrzymać?

-Naturalnie.
Wzięłam dziecko na ręce i patrzyłam na jej uśmiechniętą twarz, o dziwo od razu po narodzinach w ogóle nie płakała.
-Jest zdrowa?
-Jak najbardziej.
-To najważniejsze.
-Wie królowa jak będzie miała na imię?
Do głowy zaczynały napływać mi najróżniejsze imiona jakie kiedyś usłyszałam, lub przeczytałam, nie musiałam jednak długo nad tym myśleć.
-Maria.

Wtedy usłyszałam głos Staśka.
-A ty? Co o tym sądzisz Joasiu? Joasiu?
-Ja?
Stasiek rozejrzał się po pokoju.
-Kochanie, wszystko w porządku?
-Przepraszam, chyba się wyłączyłam. Mógłbyś powtórzyć?
Spojrzał na mnie jakby z zakłopotaniem.
-Co sądzisz o tym, żebyśmy zaprosili jeszcze cesarza Negiwi?
-Przecież zaprosiliśmy już trzech króli i jeszcze króla Ifrai z jego trzema córkami.
-Jeden więcej nic nie zaszkodzi.
-No dobrze, w takim razie zaprośmy i jego.
-Tym sposobem chyba możemy zamknąć dzisiejsze obrady. Do widzenia wszystkim.

 Wyszłam z sali jako pierwsza, pomimo tego doszedł do mnie Stasiek.
-Wszystko dobrze? Nie możesz się tak po prostu wyłączać na obradach małej rady.
-Wiem, przepraszam, myślałam o Marii.
-Pójdę sprawdzić co u niej.
-Dzięki, ja będę w sadzie.
-Papa.
Żegnamy się 'niby cmoknięciem' w policzek i rozchodzimy w dwie różne strony.

 Po pięciu minutach marszu dotarłam do sadu. Weszłam głównym wejściem i skręciłam w lewo. Patrzyłam na piękne, zielone krzaki i drzewa: grusze, śliwy, w końcu skręcam w aleję z jabłkami. Kocham jabłka, dlatego też jest to moja ulubiona aleja. Drewniana ławka na której zawsze siadam znajduje się pod najwyższą jabłonią. Tak, kiedyś już spadło mi jabłko na głowę, ale to było gdy jeszcze byłam dzieckiem. Teraz wiem w którym miejscu usiąść, żeby nie doświadczyć ataku jabłek. Usiadłam wśród szumu liści. Wiatr muskał moją twarz i włosy.

 Przez godzinę siedziałam i myślałam co będzie jutro. Po czym wstałam z ławki, gdyż zaczęło się już ściemniać i udałam się do sypialni. Zdjęłam z siebie suknię i nałożyłam piżamę. Stasiek już spał na naszym wielkim łożu. Położyłam się z drugiej strony po cichu żeby go nie obudzić. Słońce już zaszło, lecz nie przeszkadza mi to, bo wiem, że gdziekolwiek jestem tak długo jak jestem na terenie królestwa nic nie może skrzywdzić mnie mojej rodziny, czy nawet poddanych. Tak przynajmniej myślałam.

_________________________________________________________________________________

Czytaj!
Jak wam się podoba? Wiem, że strasznie krótki, ale taki właśnie miał być. Ten pierwszy rozdział.
Na zachętę mogę powiedzieć, że będzie tylko lepiej. I dłużej!
Napiszcie proszę czego chcecie więcej, a czego mniej. To by mi pomogło.
Z góry przepraszam za wszystkie błędy ortograficzne.



1 komentarz: